odkrycie swiatyni ankokagua national geographic

Odkrycie świątyni Inków na okładce National Geographic

Odkrycie, które przeszło do historii

Ognisko, butelka palmerskiego rumu i ponad 5000 metrów wysokości – taki był początek wszystkiego. Kilka dni temu świat obiegła informacja, że fotograf z La Palmy Arturo Rodríguez oraz dziennikarz z La Manczy Alejandro Muñoz zidentyfikowali lokalizację jednej z najważniejszych świątyń Inków w Peru – Ancocagua. Odkrycie zostało udokumentowane w reportażu śledczym „W poszukiwaniu zaginionego miasta Inków” i trafiło na czerwiec 2026 roku na okładkę National Geographic. Tym samym Hiszpanie stali się pierwszym zespołem z tego kraju, który znalazł się na pierwszej stronie prestiżowego amerykańskiego magazynu.

Wszystko zaczęło się w 2024 roku

Historia tego archeologicznego przełomu – z tymi dwoma bohaterami w rolach głównych – zaczęła się kilka lat wcześniej. Konkretnie pierwszy krok postawili pewnej nocy w 2024 roku, podczas wyprawy związanej z zupełnie innym tematem. – Ta historia jest długa – ostrzega fotograf. – I jak z filmu.

szlaki na teneryfie przystanek rodzinka banner v1

Razem z Muñozem udali się do Peru w poszukiwaniu Vilcabamby, położonej w regionie Cusco. Nie była to ich pierwsza wspólna praca. – To miasto zaginione od wielu stuleci, a mnóstwo badaczy próbowało je znaleźć przez ostatnie 200 lat – wyjaśnia Rodríguez. Przez lata teren ten był kontrolowany przez handlarzy narkotyków i grupę terrorystyczną Świetlisty Szlak, aż do ich zniknięcia w latach 90. – Od tego czasu niektórzy odkrywcy mogli wchodzić w ten rejon – dodaje. Ta historia, choć fascynująca, na razie odbiega od National Geographic.

Noc, która zmieniła wszystko

– To była wyprawa hiszpańsko-peruwiańska, więc towarzyszył nam inspektor z Dyrekcji ds. Kultury w Cusco, ktoś w rodzaju urzędnika ministerstwa kultury w Hiszpanii, który kontrolował naszą pracę na tym terenie – opowiada Rodríguez. Droga do Vilcabamby wymagała kilku dni pieszej wędrówki. – Inspektor musiał spędzić z nami noc, więc postanowiliśmy rozpalić ognisko, otworzyć butelkę rumu z La Palmy i zacząć opowiadać historie – wspomina.

I jak scena z filmu, pod gwiazdami, na odludziu, wywiązała się rozmowa. Brat Rodrígueza, z zawodu wspinacz, wchodził w skład ekipy zabezpieczającej – wyprawa odbywała się na wysokości ponad 5000 metrów – i pierwszy przełamał lody. – Powiedział inspektorowi, że jestem fotografem National Geographic, a on całą noc chodził z tą informacją po głowie – relacjonuje Rodríguez.

Przypadkowe natknięcie się na skarb

Następnego dnia rano inspektor podzielił się z nimi myślą, która chodziła mu po głowie. – Powiedział nam, że na południe od Cusco znajduje się wykopalisko, z którego wydobywają dużo złota, bardzo ciekawe miejsce, o wiele większe niż Machu Picchu – wspomina Rodríguez. Zaproponował, żeby obaj z Muñozem zajrzeli w ten region i sprawdzili, czy amerykański magazyn mógłby być zainteresowany projektem. – Ponieważ obaj mieliśmy dobre kontakty, odpowiedzieliśmy, że tak, zajrzymy tam, bez większych oczekiwań – mówi.

Jednak ta decyzja zmieniła bieg ich podróży i doprowadziła ich, prawdopodobnie, do jednej z najważniejszych prac w ich karierze zawodowej. Przynajmniej na razie.

Dziesięć dni dokumentacji

– Przenieśliśmy się do T’aqrachullo-María Fortaleza i udokumentowaliśmy zakończenie kampanii restauracyjnej tego kompleksu archeologicznego Inków – podkreśla. Przez dziesięć dni robili zdjęcia, nagrywali filmy i przeprowadzali wywiady. Ponadto przez miesiąc odwiedzali interesujące miejsca w regionie, muzea, a nawet magazyny z biżuterią. – Do tego momentu nie mieliśmy pojęcia, że może to być świątynia Ancocagua. Znaliśmy jej historię, ale nie wiedzieliśmy, czym to miejsce naprawdę może być – wspomina.

Naukowa pieczątka

To Muñoz kilka miesięcy później znalazł klucz do zagadki. – National Geographic nie widziało jasno publikacji reportażu, bo mimo wszystkich odkryć nie istniał artykuł naukowy, który potwierdzałby rzeczywiste znaczenie tego miejsca – zdradza Rodríguez. Muñoz, pod presją zdobycia naukowego potwierdzenia, spędził miesiące na badaniach, aż w końcu osiągnął cel. Młody dziennikarz odnalazł publikację sprzed 30 lat autorstwa amerykańskiego archeologa Johana Reinharda – znanego z odkryć mumii na szczytach wulkanów w Ameryce Południowej.

Dokument potwierdzał, że właśnie w tym miejscu znajdowała się świątynia Ancocagua, ale w tamtym czasie brakowało dowodów. – Kiedy Reinhard zobaczył zdjęcia i filmy, powiedział nam, że teraz jest w 100% pewien, że to jest świątynia Ancocagua – relacjonuje Rodríguez.

Niesamowite zbiegi okoliczności

Historia Ancocagui pełna jest przypadków. – Inspektor, który naprowadził nas na trop świątyni, 500 lat później, nazywa się Pizarro, potomek Francisco Pizarro – hiszpańskiego konkwistadora, który kazał zabić Atahualpę, ostatniego cesarza Inków – wyjaśnia Rodríguez.

Kolejny kluczowy zbieg okoliczności dotyczy manuskryptów kronikarza Juana de Betanzos, w których opisywał on świątynię Ancocagua i jej lokalizację. Rozdziały zawierające te informacje tajemniczo zniknęły i odzyskano je dopiero po pięciu wiekach w domu na Majorce. – Hiszpańska historyk María del Carmen Martín zidentyfikowała dokumenty i opublikowała odkrycie w dzienniku „El País”, gazecie, którą regularnie czytywał Johan Reinhard z Waszyngtonu – dodaje. I od tego momentu rozpoczęły się jego badania, które trwają do dziś.

Spotkanie ekspertów na szczycie

Zafascynowany odkryciem Reinhard postanowił wsiąść w samolot i polecieć do Peru. Spotkał się tam z peruwiańskimi archeologami Emersonem Pereyrą, liderem projektu renowacji T’aqrachullo-María Fortaleza, oraz Alicią Quiritą, pionierką badań nad tym stanowiskiem archeologicznym sprzed ponad 30 lat. – To była trójka ekspertów od świątyni Ancocagua. Podczas gdy oni układali dowody na stole, siedząc na tych starożytnych kamieniach, Alejandro i ja nagrywaliśmy i robiliśmy zdjęcia – wspomina. Po dłuższej rozmowie wstali, uściskali się i doszli do wniosku: „To jest świątynia Ancocagua”.

Proces pracy i dokumentacji trwał dwa lata. – Chociaż była to podróż trwająca ponad 500 lat, od śmierci Atahualpy aż do dziś – zaznacza.

Druga okładka w karierze

Dla fotografa z Wysp Kanaryjskich ponowne pojawienie się na okładce National Geographic, tak jak w maju 2024 roku, kiedy pokazał światu wnętrze wulkanu Tajogaite, to zawsze „ogromna nagroda”. Choć, oczywiście, z różnicami w realizacji. – To z La Palmy objawiło mi się jak Matka Boska, a ten reportaż wymagał ogromnego wysiłku finansowego i czasu – wyjaśnia. Według Palmerczyka magazyn działa na zasadzie współpracy z freelancerami, czyli nie ma stałego zespołu redakcyjnego i fotograficznego. – To dla nich jedyny sposób na utrzymanie najwyższej jakości, bo freelancer zawsze stara się dotrzeć na miejsce – tłumaczy.

Rodríguez jest stałym współpracownikiem magazynu i ma już na koncie pięć okładek. – Pojechaliśmy z zamiarem zrobienia małego reportażu o ciekawym miejscu, gdzie było dużo złota, i nagle wybuchło nam to w twarz – opowiada. Jego zdaniem udział w jednym z największych odkryć w Ameryce Południowej ostatnich 50 lat to doświadczenie „niesamowite”. Nie umniejszając jednak pozostałej jego pracy, zawsze chwaląc swoje rodzinne strony. – Nie mówię, że moja pierwsza okładka z wulkanem nie była emocjonująca, właśnie dlatego, że płakałem jak dziecko – wyznaje. Praca dla National Geographic zawsze była marzeniem jego życia.

Przełom w karierze dziennikarza

Dla Muñoza to osiągnięcie jest najważniejszym momentem w jego dotychczasowej karierze. – Z mojej strony udokumentowanie ruin, o których nie wiedzieliśmy dokładnie, czym są, było niesamowite. To było niezwykłe miejsce, z którego ciągle wydobywano srebrne napierśniki, bransolety i wszelkiego rodzaju ceremonialne noże – wspomina mieszkaniec La Manczy.

Od czasu odkrycia kompleks archeologiczny stał się dużą atrakcją turystyczną. – Wcześniej odwiedzało go od 20 do 30 osób tygodniowo, a teraz, dzięki historii o zaginionej świątyni, zmieniło się natężenie ruchu. Co więcej, pomogło to w budowie dróg i połączeniu odległych miejsc z potrzebującymi społecznościami – wyjaśnia.

– Ten projekt był ogromnym wysiłkiem, z miesiącami formalności, pozwoleń i negocjacji, a do tego głodem i zimnem – opowiada Rodríguez. Ale także z mnóstwem dobrych rzeczy. – Poznaliśmy niesamowicie ciekawych ludzi i wiele się nauczyliśmy. Efekt w postaci okładki był, po raz kolejny, spektakularny i trudno opisać w kilku słowach to uczucie – podsumowuje.

Źródło

Przewijanie do góry
Share via
Copy link