Ostatni z gatunku
Wulkaniczna skała, palmy i wszechobecny błękit oceanu – to obrazek, który każdy turysta kojarzy z Wyspami Kanaryjskimi. Ale są też inne, mniej oczywiste obrazy. Jeden z nich to mężczyzna w jaskrawoniebieskim kombinezonie mechanicznym, w berecie, na nietypowym rowerze obwieszonym herbami FC Barcelony, wydający charakterystyczny dźwięk ostrzałki do noży. Kto go zobaczy na ulicach Puerto de la Cruz, La Orotavy, El Sauzal, Santa Úrsuli, Santa Cruz, czy na południu Teneryfy, a także na pozostałych wyspach, ten od razu wie – spotkał Hilario.
Mowa o Ramónie Hilario Acosta Ancedesie, prawdziwym Argentyńczyku, który od 1999 roku mieszka w Santa Úrsuli na północy Teneryfy. Od lat przemierza wszystkie wyspy archipelagu i – jak sam mówi – jest ostatnim ostrzarzem (afilador) na Wyspach Kanaryjskich. „Ludzie tak mówią. Ciągle słyszę, że długo czekali, aż ktoś taki się pojawi, bo już ich nie ma” – opowiada.
73-letni Hilario pobiera skromną hiszpańską rentę socjalną, którą uzupełnia właśnie tą działalnością. W dzisiejszym świecie pozornego dobrobytu, gdzie często łatwiej kupić nowy nóż niż naostrzyć stary, jego fach to już ginące rzemiosło. Hilario nie dorobił się na tym fortuny, ale – jak podkreśla – póki żyje, będzie „kręcił kamieniem ostrzarskim” i robił to, co kocha.
Z Argentyny na Teneryfę przez kryzys
Na Teneryfę trafił przypadkiem. W 1998 roku przyjechał na 24-dniowe wakacje do Puerto de la Cruz. Poznał przyjaciela, który pomógł mu wynająć mały dom w Santa Úrsuli. Powrót w 1999 roku przyspieszył głęboki kryzys gospodarczy i monetarny w Argentynie. Hilario do dziś nie ma dobrych wspomnień z tamtego okresu. „Politycy okradli mnie ze wszystkiego. Zabrali mi wszystko z banku podczas dewaluacji” – podsumowuje.
Za oceanem zostawił pięcioro dzieci, ale – jak żartuje – „miały już zmienione mleczne zęby i mogły jeść suchy chleb”. Zostawił też swoje rodzinne miasteczko Saladillo, które dziś jest miastem położonym 178 kilometrów na południe od Buenos Aires, z dala od wybrzeża. Tam przez całe życie pracował na roli – był rolnikiem, hodowcą i, co podkreśla z dumą, mistrzem w pieczeniu mięsa. „Jestem Argentyńczykiem, jak miałbym nie umieć obchodzić się z ogniem?” – śmieje się.
Kuzyn gwiazdy Teneryfy
Wyjazd na Wyspy Kanaryjskie zbiegł się w czasie z grą w CD Tenerife jego słynnego kuzyna – Bruno Marioniego (2000-2003). Ten napastnik przeżywał na wyspie wzloty i upadki – spadek do Segunda División w 1999, awans z Rafą Benítezem w 2001 i kolejny spadek w 2002 za kadencji Clemente. Ciotka radziła Hilario, by skontaktował się z krewnym, ale on obawiał się, że Marioni pomyśli, iż chce żyć jego sławą. „Nie zrobiłem tego, choć dziś myślę, że może się myliłem” – przyznaje.
Jego związki ze światem piłki sięgają jednak dalej – przez wspólnego kuzyna łączy go… z samym Diego Maradoną. Hilario z dumą pokazuje w telefonie zdjęcie z imieniem legendy futbolu.
Od pucybuta do ostatniego nożownika
Po przyjeździe na Teneryfę robił, co mógł. Zaczął jako wędrowny pucybut – czyścił buty na placach w wielu miejscowościach, zawsze ze swoim bagażem i herbami Barçy. Potem otworzył mały warsztat naprawy obuwia w La Orotavie. W końcu przeszedł na hiszpańską rentę socjalną. „Z Argentyny nie dostaję nic – tam przedsiębiorcy nigdy nie odprowadzali składek emerytalnych. Teraz 70% pracowników nie ma potrąceń. Co z nimi będzie, gdy się zestarzeją?” – pyta retorycznie.
Na emeryturze nie umiał usiedzieć w miejscu. Osiem lat temu postanowił wykorzystać umiejętności wyniesione z rodzinnego kraju. W Argentynie ostrzył noże i narzędzia na wodnym kamieniu, który trzeba kręcić ręcznie – tyle że bez roweru. „To dawanie mi życie – mówi. – Ćwiczę, rozmawiam z ludźmi, podróżuję po całych Wyspach Kanaryjskich. Klienci przyjeżdżają do mnie z Santa Cruz na północ, żeby mnie znaleźć. Mówią, że już nie ma ostrzarzy. Na wszystkich wyspach starsi ludzie mi to potwierdzają.”
A klientów nie brakuje. „Ludzie będą gotować i kroić jedzenie, więc będą potrzebować ostrych noży. Wielu ma świetne noże i nie chce ich wyrzucać. Trzeba je tylko naostrzyć. Ostrzę też nożyczki fryzjerskie, scyzoryki, różne narzędzia. A poza tym wciąż podkuwam konie” – wylicza. W gruncie rzeczy Hilario to złota rączka – swój rower przerobił samodzielnie, wszystko skręcone śrubkami, bez ani jednej spoiny.
Wypadek, beret i miłość do Barçy
Wśród najgorszych doświadczeń na Wyspach Kanaryjskich Hilario wspomina wypadek sprzed piętnastu lat w wielkim sklepie z narzędziami. Pracownik upuścił na niego siedmiometrową płytę z twardego kartonu, która spadła mu na głowę. Obudził się w szpitalu ze złamanym nosem, czterema brakującymi zębami oraz uszkodzonym barkiem i ramieniem.
Historia jego życia to także 55-letni romans z… beretem. „Na wsi w Argentynie wychowałem się wśród Basków, którzy zawsze nosili berety. On dalej jest ze mną” – mówi z dumą, po czym z fantazją odsłania bujną czuprynę.
A skąd barcelonizm? Hilario przyznaje, że przed przyjazdem na Wyspy Kanaryjskie nie kibicował żadnemu europejskiemu klubowi. „Zostałem fanem Barçy, bo akurat wtedy kupili Riquelme. Ja byłem za River Plate, on z Boca, ale i tak przeszedłem na ich stronę. Poza tym przyjaciel z Santa Úrsuli powiedział mi, że trzeba wybrać jakiś klub, byle nie Real Madryt, bo to sami złodzieje” – śmieje się.
Czy przez swoją pasję traci klientów? Owszem. „Niektórzy mówią, że mają noże do ostrzenia, ale widzą, że wszystko mam z Barçy i nie dają mi ich. Odpowiadam, że nie ma problemu, właśnie dlatego im nie ostrzę – bo są z Madrytu” – dodaje z kamienną twarzą. Zdarzają się jednak wyjątki, jak pewien sprzedawca warzyw z La Orotavy – zagorzały madridista, który kazał mu ostrzyć wszystkie noże. „Powiedział: A co mnie to obchodzi?”
Na koniec – gaucho z duszą poety
Na zakończenie rozmowy Hilario prosi, by wysłuchać i przelać na papier jego recytację. Długi, poetycki monolog kończy się słowami: „Chodź, bracie, zróbmy kawał dobrej roboty – pieczeń już gotowa”. I czy trzeba dodawać coś więcej? To jest właśnie Ramón Hilario Acosta Ancedes – ostatni afilador na Wyspach Kanaryjskich.
Najświeższe wieści z Wysp Kanaryjskich
Codzienne newsy, alerty pogodowe i praktyczne informacje – prosto z wysp, po polsku. Mieszkamy tu i wiemy co się dzieje, zanim trafi do mediów. Wszystko publikujemy na naszym kanale WhatsApp – bez pośredników, bez algorytmu.


