Opracowanie przy pomocy sztucznej inteligencji na podstawie informacji hiszpańskojęzycznych. Źródło pod artykułem.
Nigdy nie trafił tu żaden chory. Trudno jednak wyobrazić sobie, że między tymi murami, przez dziesięciolecia smaganymi słonym wiatrem, mieli żyć ludzie odcięci od świata. Ludzie, którym trąd pozostawił plamy na skórze, obszary pozbawione czucia, uszkodzone nerwy, a w najcięższych przypadkach zniekształcenia dłoni i stóp. W powojennej Teneryfie odpowiedzią na lęk, jaki budziła choroba, było odsunięcie chorych od społeczeństwa i wywiezienie ich daleko – w słoneczne, odosobnione miejsce nad morzem. Właśnie dla nich w Abades wzniesiono małe miasteczko z hospitalem, domami, szkołą, warsztatami, kościołem, a nawet krematorium. Nigdy nie zaczęło działać. Dziś, osiem dekad później, ta osada pomyślana jako miejsce izolacji chorych jest miastem duchów o pustych ścianach. To leprosería, która nigdy nie miała trędowatych.
Dwa światy w jednym miejscu
Z jednej strony setki białych domów ciągną się wzdłuż niewielkich zatoczek o krystalicznie czystej wodzie, otoczonych krajobrazem wielkich turbin wiatrowych, charakterystycznym dla tego odcinka wybrzeża gminy Arico. Z drugiej – opuszczone budynki dawnego sanatorium, pokryte graffiti, ziemią i gruzem. Paradoks jest osobliwy. Ci, którzy wynajmują mieszkanie w Abades, mają tam drugi dom albo po prostu przyjeżdżają w poszukiwaniu spokoju, prędzej czy później trafiają także do tej zrujnowanej osady. Niektórzy robią to, by poznać jej historię. Inni, jak Raquel Hernández, mieszkanka Abades, i jej córka Marta Ruiz, znają ją z opowieści – z tego, co przez lata przekazywano sobie z ust do ust, i z wspomnień, jakie pozostały po tamtych czasach. Pewne jest jedno: znają tę historię na wyrywki, jakby była baśnią.
Miasto, które miało żyć samodzielnie
– Wszystko zaczęto budować około 1941 roku, mniej więcej zaraz po zakończeniu wojny domowej – opowiada Raquel Hernández. Przypomina sobie kościół, dom dla lekarza, drugi dla księdza, szpital i szkołę. – Było tam jakieś 36 budynków – dodaje. To, co Raquel opowiada z pamięci, pokrywa się z historią odtworzoną przez badaczy. Jeden z nich, Francisco Javier Castro Molina, pielęgniarz, historyk sztuki i antropolog, zrekonstruował dzieje dawnej leproseríi w Abades w kilku swoich pracach. Opowiada, że przez stulecia chorych z Teneryfy wysyłano na Gran Canarię, gdzie Hospital de San Lázaro przyjmował pacjentów z różnych wysp. Przypadków było tak wiele, że w 1937 roku spośród 200 rozpoznanych trędowatych w prowincji Santa Cruz de Tenerife tylko 30 było objętych izolacją. Teneryfa miała 74 zarejestrowanych chorych, a zaledwie 22 przebywało w zamkniętych ośrodkach. Gran Canaria nie była już w stanie przyjąć ich wszystkich. Stąd wzięła się potrzeba, by wyspa miała własny ośrodek. – Początkowo chodziło o odizolowane miasto, ale takie, które samo się utrzyma – wspomina Hernández. – Coś w rodzaju miasta czy cytadeli. Dla nich i po to, żeby nie zarażali reszty – dodaje tym razem jej córka.
Przyszłe sanatorium miało skupiać nie tylko obiekty medyczne, lecz także wszystkie usługi potrzebne, by kolonia funkcjonowała autonomicznie, a jej mieszkańcy pozostawali odcięci od świata zewnętrznego. Przed Abades rozważano inne lokalizacje. W 1941 roku planowano leproseríę w Cuevas Blancas w El Rosario, ale pomysł odrzucono. Ostateczna decyzja zapadła w sierpniu 1944 roku, gdy rozporządzenie Ministerstwa Spraw Wewnętrznych nakazało budowę Sanatorium Leprologicznego w Arico o charakterze prowincjonalnym. Abades spełniało warunki, jakich szukały władze: przestrzeń, uznawany za korzystny klimat i wystarczająca odległość od stolicy. Projekt powstał na działce nad morzem, w krajobrazie wówczas niemal pustynnym, i został pomyślany jako połączenie sanatorium i kolonii. – Zbudowano tam kompletną leproseríę – wspomina również Ruiz, rekonstruując historię na podstawie tego, co przez lata opowiadała jej matka. – Z hospitalem, strefami rekreacyjnymi, stołówkami i usługami ogólnymi, a oprócz tego część mieszkalna dla chorych, szkoła, kościół i osobne pomieszczenia dla zdrowego personelu.
Koniec, który nadszedł przed początkiem
Kompleks nigdy jednak nie został ukończony, a sanatorium nie przyjęło chorych. – Gdy prawie wszystko było już zbudowane, medycyna poszła mocno naprzód i trąd zaczęto eliminować – wspomina Hernández. Pierwsze skuteczne leki i leczenie w domu zaczęły zyskiwać przewagę, a izolacja przestała być jedyną odpowiedzią na chorobę. Prace budowlane definitywnie wstrzymano pod koniec 1946 roku. Od tego czasu miejsce miało inne zastosowania i zebrało kolejne projekty, które również nie doczekały się realizacji – od obozów Falangi po pomysły przekształcenia go w ośrodek dla narkomanów, przestrzeń kulturalną czy pole kempingowe. Dopiero w 1981 roku teren przeszedł z rąk służby zdrowia do Ministerstwa Obrony. Wojsko otoczyło strefę drutem kolczastym i wykorzystało budynki w najlepszym stanie, a pozostałe, niedokończone obiekty posłużyły do manewrów wojskowych i ćwiczeń strzeleckich. Tak pozostało do końca obowiązkowej służby wojskowej, gdy ministerstwo wystawiło na sprzedaż blisko 900 tysięcy metrów kwadratowych terenu.
Miliony, które nie zmieniły niczego
Nieruchomość nabył w 2002 roku włoski deweloper Alberto Giacomini za 17 milionów euro. Firma Playa de Arico, powiązana z rodziną Giacomini, planowała na tym terenie jeden z największych ówczesnych projektów turystycznych w gminie: cztery hotele pięciogwiazdkowe z około 3000 łóżek, uzdrowisko i centrum talasoterapii, centrum handlowe i dwa pola golfowe. Przewidywana inwestycja sięgała 360 milionów euro, a projekt początkowo uzyskał poparcie władz gminy Arico. Kompleks nigdy jednak nie powstał. Rok po sprzedaży Służba Dziedzictwa Historycznego przy Cabildo ostrzegła już o wartościach historycznych i artystycznych założenia, a wprowadzenie moratorium turystycznego ostatecznie wstrzymało projekt. Giacomini zmarł w 2015 roku, nie kładąc ani jednego kamienia planowanej inwestycji.
Dawna leprosería zaczęła wtedy nabierać innych zastosowań, często poza jakimkolwiek oficjalnym planowaniem. Opuszczone budynki przez lata gościły imprezy i spotkania odbywające się poza prawem, grafficiarzy i inne aktywności przyciągane przez izolację i wygląd kompleksu. Z czasem ten sam krajobraz ruin zwrócił uwagę branży audiowizualnej i obiekt zaczął służyć jako plan filmowy – powstawały tu filmy i krótkie metraże. Przyciąga też dzisiejszych odwiedzających, takich jak Diego Lorenzo i María González, którzy przyjechali z Granadilli de Abona, by zrobić sobie zdjęcie. – Przyjechaliśmy zobaczyć to miejsce, z ciekawości i żeby zrobić sobie kilka zdjęć – opowiadają. – Najbardziej zaskakuje – wyjaśnia Diego – wielkość tego miejsca i wrażenie, jakie wywołuje, jest bardzo intensywne. – Robi ogromne wrażenie – podsumowuje María, mając na myśli ten piaszczysty, cichy i złowieszczy powiew, który rozchodzi się, gdy wiatr wpada między dawne budynki.
Zapomniane miasto, które wciąż przyciąga
Kilka metrów dalej Néstor Nevado i Raquel Lerona z Palencii, przebywający na wakacjach w Porís de Abona, odkryli Abades, szukając spokojnej plaży. Nie spodziewali się znaleźć takiego opuszczonego miejsca. – Zaskoczyło nas i chcieliśmy je zwiedzić – przyznaje Nevado. Raquel, jego partnerka, zwraca uwagę, że szczególnie zadziwia ją stan, w jakim zachowały się niektóre budynki, mimo że stoją opuszczone od dziesięcioleci. Mówi o tym, wskazując kafelki w tym, co wygląda na dawną łazienkę, oraz podłogi z płytek, które wciąż pozostają nienaruszone. To drobne pozostałości upiornego miasta, które nigdy nie rozpoczęło życia – a jednak, niemal wiek później, wciąż sprawia, że przyjeżdżają tu inni, by je odkryć.
Najświeższe wieści z Wysp Kanaryjskich
Codzienne newsy, alerty pogodowe i praktyczne informacje – prosto z wysp, po polsku. Mieszkamy tu i wiemy co się dzieje, zanim trafi do mediów. Wszystko publikujemy na naszym kanale WhatsApp – bez pośredników, bez algorytmu.

