System opieki nad osobami zależnymi na Wyspach Kanaryjskich. Biurokratyczny koszmar rodzin
Javier Quintana przez miesiące myślał, że najtrudniejsze będzie uzyskanie dla swojej 89-letniej matki orzeczenia o stopniu zależności. Jak na lokalne warunki, proces poszedł stosunkowo sprawnie – „około czterech, pięciu miesięcy” – wspomina. Pomoc została zatwierdzona i wyceniona. Na papierze prawo zostało uznane. I wtedy zaczęła się druga, bardziej wykańczająca batalia: znalezienie autoryzowanej firmy, która byłaby w stanie zamienić to świadczenie na realne godziny opieki domowej. System odesłał go do wykazu firm zatwierdzonych przez rząd Wysp Kanaryjskich. Javier zaczął dzwonić. „Próbowałem skontaktować się z ośmioma, dziesięcioma firmami. Odebrała tylko jedna” – relacjonuje. Spróbował mejlem – „ze wszystkich odpowiedziała mi jedna” – podsumowuje.
Ta firma wyjaśniła mu, na ile godzin opieki przełoży się przyznana kwota. W przypadku jego matki były to cztery godziny i czterdzieści pięć minut tygodniowo. Javier zaakceptował ofertę i zaczął się kolejny etap oczekiwania: wizyta oceniająca, podział godzin, organizacja usługi. „To trwało wieczność” – mówi. Dzwonił, nikt nie odbierał. Słyszał, że firma jest „zawalona robotą”.
Gdy w końcu usługa ruszyła, nie obyło się bez problemów. Pierwsza wizyta poszła dobrze. Druga już się nie odbyła i nikt nie zadzwonił, by uprzedzić. Gdy Javier się skontaktował, usłyszał, że opiekunka jest na zwolnieniu i „zapomnieli” mu powiedzieć. Tydzień później sytuacja znów się skomplikowała: opiekunka miała przyjść o 10.30, ale zjawiła się o siódmej wieczorem, by spędzić z 90-letnią kobietą ponad dwie godziny, podczas gdy ta miała już swoją ustaloną rutynę. „To działa fatalnie, czujesz się jak w próżni” – podsumowuje Javier, który winę, choć nie ma twardych danych, przypisuje brakowi personelu i niskim zarobkom w tym ciężkim zawodzie.
Rodzina Javiera na razie może częściowo zapewnić opiekę we własnym zakresie. Jest czworo rodzeństwa, organizują się na zmiany. Jego matka wciąż jest dość samodzielna, potrzebuje pomocy przy zakupach i w domu. „Mówię, że w naszym przypadku nie jest jeszcze dramatycznie, ale są przypadki bardzo poważne i pilne” – ostrzega. Domaga się, by administracja nie poprzestawała na uznaniu prawa i przyznaniu kwoty, ale monitorowała proces, aż usługa faktycznie dotrze do potrzebującego.
Podanie złożone, dokumenty sprawdzone, ojciec zmarł, pomocy nie było
Rodzina Montesdeoca czekała podobnie, ale z tragiczniejszym finałem. Latem 2025 roku, za namową pielęgniarki, złożyła wniosek o opiekę domową dla obojga rodziców – oboje mieli po 95 lat. Po zebraniu zaświadczeń, opinii lekarskich, kopii dowodów i dokumentów z różnych instytucji, podanie złożono w rejestrze rządu kanaryjskiego pod koniec sierpnia. Powiedziano im, że ze względu na podeszły wiek rodziców sprawa będzie biegła najszybszą ścieżką.
Wizyta pracownika socjalnego odbyła się w połowie listopada, a pod koniec miesiąca uznano stopień zależności: ojciec otrzymał stopień III (720 euro miesięcznie), matka stopień I (360 euro). Zawiadomienie listem poleconym, niezbędne do rozpoczęcia rozmów z firmami, dotarło w połowie stycznia. I znów zaczęło się czekanie. Najpierw skontaktowali się z dwiema firmami w pobliżu domu. Gdy nie mogli się dodzwonić, poszli do jednej z nich osobiście. W jednej usłyszeli, że nie mają personelu na proponowane godziny, ale obiecali oddzwonić następnego dnia. „Nigdy nie oddzwonili” – relacjonuje rodzina. W drugiej zaoferowano dziesięć godzin tygodniowo: siedem dla ojca, trzy dla matki. Ofertę przyjęli 26 stycznia, a potem zapadła cisza.
Zwrocili się więc do innej firmy, której nie było na oficjalnej liście rządowej. Na początku odpowiadała szybko, ale ostatecznie też nic z tego nie wyszło. 19 lutego ojciec zmarł, nie doczekawszy się opieki domowej. Kilka dni później pierwsza firma znów się odezwała, by umówić wizytę i podpisać umowę. Ostatecznie 5 marca podpisano umowę na cztery godziny opieki dla matki, ale tygodnie mijały, a pomoc wciąż nie ruszyła.
W tej rodzinie rodzi się myśl, która powtarza się w wielu domach: problem nie leży już tylko w czasie, jaki administracja potrzebuje na wydanie decyzji. Blokada pojawia się później, gdy prawo jest już przyznane, pieniądze przyznane, a osoba zależna wciąż pozostaje bez opieki.
„Ta firma to dla nas ręce”. Bez nich nie dają rady
Przypadek Victorii Munguíi pokazuje kolejny wymiar problemu. Jej 58-letni brat, z porażeniem mózgowym, mieszka z 88-letnią matką. Victoria mieszka w Anglii, drugi brat jest blisko, ale nie zawsze może być pod ręką. „Dla nas ta firma to nasze ręce” – wyjaśnia Victoria. To zdanie oddaje całkowitą zależność od pomocy, bez której rodzina nie jest w stanie funkcjonować.
Usługa ruszyła w pierwszym tygodniu grudnia: dwie godziny dziennie od poniedziałku do piątku. Głównym zadaniem była opieka nad bratem: umycie go, pomoc, dopilnowanie, by mógł dotrzeć do ośrodka, do którego zwykle chodzi od 8.00 do 15.00. „Mój brat wymaga pomocy w 100%” – podkreśla Victoria. Jej matka, mimo wieku, wciąż wiele robi, ale Victoria podkreśla, że nie da rady sama.
Od samego początku zdarzały się nieobecności. Według Victorii opiekunka nie przychodziła przez kilka dni, a tych godzin nie odrabiano. Trzy tygodnie temu usługa została całkowicie wstrzymana. Powód: brak personelu i zwolnienie lekarskie opiekunki. „Nie mogą znaleźć zastępstwa” – usłyszała. Nie zaproponowano jej nawet żadnego alternatywnego grafiku, choć prosiła, by jeśli nie codziennie, to przynajmniej dwa, trzy razy w tygodniu. Pewnego razu, po długich naleganiach, przysłano opiekunkę na godzinę. „Przybiegła, ledwie go obsłużyła i poszła” – relacjonuje.
Rodzina czuje się opuszczona przez firmę i przez cały system. Victoria złożyła skargę do wydziału ds. zależności i zaczęła sama szukać alternatyw. Jej krytyka nie dotyczy tylko firm. „My, użytkownicy, jesteśmy ograniczeni do firm, które wskazuje nam rząd Kanarów” – zwraca uwagę. Zastanawia się, dlaczego utrzymuje się w systemie firmy, które nie odpowiadają i nie wywiązują się z obowiązków, oraz dlaczego nie można swobodniej wybierać. Poddaje też w wątpliwość, by podmiot mógł pobierać pieniądze za usługę, której nie świadczy.
Godziny opieki są, ale nie takie, jak trzeba
Tomás Morales opisuje ten sam impas z innej perspektywy. W jego przypadku uznanie zależności przebiegło sprawnie, ale opieka domowa wciąż nie funkcjonuje. Jego wniosek jest zgodny z tym, co mówią inne rodziny: im więcej spraw jest rozpatrywanych, tym bardziej firmy wydają się przytłoczone.
Jego matce przyznano trzy i ćwierć godziny tygodniowo. Po skontaktowaniu się z kilkoma firmami odpowiedziała tylko jedna. Doszło do wizyty, ustalono godziny i zakres obowiązków, firma powiedziała, że zacznie za jakieś dwa tygodnie. Ostatecznie zadzwonili miesiąc później, ale propozycja nie pokrywała się z tym, co ustalono. „Chcieli przychodzić o innej porze, niż się umawialiśmy” – mówi Tomás. Firma proponowała godzinę 13.30, podczas gdy rodzina wyraźnie wskazała, że odpowiednia pora to 11.00–13.00. „Moja matka o 13.30 musi już być po obiedzie i w połowie położona do łóżka” – wyjaśnia. Od tamtej pory czekają na nową propozycję.
Tomás nie składał oficjalnej skargi, ale zna inne, podobne lub gorsze przypadki: usługi, które się zaczynają i urywają, opiekunki, które nie przychodzą, rodziny, które nie dostają żadnej informacji, firmy, które nie odbierają. „Jak już coś dostaniesz, to dostajesz źle” – podsumowuje. W jego przypadku sytuacja rodzinna nie jest tak dramatyczna, jak w innych domach, ale to nie umniejsza wagi problemu: przyznana pomoc nie zawsze przekłada się na faktyczną opiekę.
System, który zostawia rodziny same sobie
Wszystkie te historie łączy ten sam schemat. Najpierw wniosek. Później ocena. Potem decyzja. A gdy rodziny myślą, że w końcu nadeszła ulga, pojawia się nowa faza niepewności: telefony bez odpowiedzi, maile ignorowane, niemożliwe godziny, brak personelu, nieobsadzone zastępstwa i usługi, które nie ruszają. Zależność przestaje być skutecznym świadczeniem, a staje się labiryntem bez wyjścia.
We wszystkich tych przypadkach rodziny starają się nie obwiniać samych opiekunek. Wręcz przeciwnie, wiele z nich docenia trud ich pracy. Efektem jest powszechne poczucie instytucjonalnego opuszczenia. Osoby starsze, niepełnosprawni członkowie rodzin, matki blisko 90. roku życia, dzieci, które pracują, rodzeństwo mieszkające daleko i domy, które próbują utrzymać się na zmiany, z pomocą sąsiadów i własnych pieniędzy. Pomoc istnieje, ale czasem tylko na papierze. I póki administracja, firmy i rodziny szukają winnych, ci, którzy tej pomocy potrzebują, wciąż czekają w domu.

