Niewinna dziewczyna w pułapce
Brazylijka Kamila Ferreira dorastała otoczona nędzą, w ubogiej rodzinie. Jej brat zmarł, mając zaledwie siedem lat, a matka, która utrzymywała dom, po stracie dziecka poważnie zachorowała. Dziewczyna, mająca wtedy tylko 14 lat, musiała przejąć odpowiedzialność za gospodarstwo domowe pozbawione dochodów. Pewnego dnia do jej drzwi zapukali mężczyźni, proponując pracę jako niania. Zgodziła się i opuściła rodzinny dom. Dziadkowie myśleli, że wnuczka wyjechała do innej prowincji, by pracować jako opiekunka z zakwaterowaniem, ale w rzeczywistości została w tym samym mieście – jako prostytutka w jednym z wielu domów publicznych. „Sutenerzy nie tylko okradali mnie, ale także zabierali pieniądze moim bliskim, bo wiem, że nie oddawali im wszystkich zarobionych przeze mnie pieniędzy” – opowiada ofiara.
Nieświadoma ofiara handlu ludźmi
Na początku Kamila nie zdawała sobie nawet sprawy, że padła ofiarą handlu ludźmi – naruszenia praw człowieka i poważnego przestępstwa polegającego na werbowaniu osób siłą lub podstępem w celu wykorzystania. „Nie wiedziałam o tym, zwłaszcza w tamtych czasach – w latach 90. – uświadomiłam to sobie naprawdę, dopiero gdy zaczęłam działalność aktywistyczną. Do niedawna mówiło się 'handel białymi niewolnikami’, a ja nie jestem biała, jestem kobietą z racializowaną” – podkreśla.
Jak zaznacza, pierwszy akt przemocy nie wydarzył się, gdy weszła w prostytucję. Wcześniej doszło do wykorzystania przez osobę z rodziny. „Nie było dla mnie przyjemne bycie z dużo starszymi mężczyznami, z których wielu mogłoby być moimi ojcami lub dziadkami, ale znacznie gorsze było wykorzystanie przez kogoś bliskiego niż przez obcego” – wyznaje.
W tamtym czasie, jak mówi, sutener sprawiał wrażenie, jakby „wyświadczał przysługę”, bo dawał dach nad głową i posiłek. W rzeczywistości to właśnie one, swoim ciałem, opłacały wszystko. Mężczyźni wykorzystujący kobiety współpracowali między sobą i wymieniali się nimi. „Teraz wiem, że to się nazywa handel ludźmi i że to przestępstwo, ale wtedy nie byłam tego świadoma – i tak właśnie jest z wieloma ofiarami, które z braku wiedzy nie odróżniają handlu ludźmi od przemytu” – ostrzega.
Przeprowadzka na Teneryfę
W 1993 roku Kamila została przewieziona pod Walencję, gdzie pracowała do 27 roku życia. Dla sutenerów osiągnięcie trzydziestki oznaczało starość. „Są przyzwyczajeni do wykorzystywania 14- i 15-latek, 27-letnia kobieta była dla nich za stara”. Gdy uznali, że Ferreira jest „za stara”, obniżyli jej rangę i sprzedali innym ludziom. W ten sposób trafiła na Teneryfę, do willi z kobietami różnych narodowości.
Brazylijka podkreśla, że życie prostytutki nie jest normalne. „Dom publiczny działa 24 godziny na dobę, siedem dni w tygodniu, a ty jesteś tam zamknięta. Największy ruch jest w nocy, więc kiedy wszystko się uspokaja, masz ochotę tylko spać” – opisuje.
Stado głodnych lwic
Według kobiety ofiary wykorzystywania seksualnego to „stado głodnych lwic”. Gdy pojawia się soczysta gazela – w tym przypadku klient – walczą między sobą nie o niego, ale o jego pieniądze. „W takich mieszkaniach obowiązuje prawo silniejszego” – przyznaje. To kobiety z ogromnym bagażem. „Mając 14 lat, stałam się żywicielką rodziny, musiałam utrzymać chorą matkę, starszych dziadków i resztę domowników” – wspomina.
Dodaje, że w Ameryce Łacińskiej rodzina to szersze pojęcie – obejmuje dalekich wujków, kuzynów, a nawet wieloletnich sąsiadów. „Wszyscy żyli ze mnie, a ja uważałam to za normalne, sądziłam, że to zawód jak każdy inny. Ale gdy stałam się feministką i abolicjonistką, odkryłam, że prostytucja to niewolnictwo XXI wieku, a system został stworzony, by wykorzystywać kobiety takie jak ja” – mówi stanowczo.
Prawda, której nie pokazują w filmach
W przeciwieństwie do obrazów z filmów, prostytucji nie da się romantyzować. „To kłamstwo. Wszystkie kobiety w tym procederze pochodzą z klasy robotniczej, z biednych rodzin”. Jak argumentuje, wojna i niepowodzenia polityczne również pchają kobiety w tę stronę. „W hiszpańskich domach publicznych jest mnóstwo Wenezuelek i Ukrainek” – dodaje.
Wiele ofiar nigdy nie widzi światła w tunelu. Ferreira, jak sama mówi, przeszła „wszystko i jeszcze więcej” – padła ofiarą „wszelkiego rodzaju nadużyć”. Jej życie było piekłem, a ona kilkakrotnie próbowała popełnić samobójstwo.
Przełom w 2018 roku
Jej los odmienił się w 2018 roku, gdy wystąpiła w reportażu o zamykaniu domów publicznych przy ulicy Miraflores w stolicy Teneryfy, Santa Cruz. Wszystkie kobiety bały się, że zostaną stamtąd usunięte, więc ona zdecydowała się wziąć udział. Po emisji materiału znana polityk wyszła z parlamentu Wysp Kanaryjskich, znajdującego się kilkadziesiąt metrów od domu publicznego, w którym pracowała Kamila, i ją odnalazła. Ferreira opowiedziała jej swoje życie, a polityk zachęciła ją do wygłaszania prelekcji.
Podczas pierwszych spotkań Kamila wciąż jeszcze pracowała w prostytucji. Wszystko zmieniło się, gdy poznała swoją obecną najlepszą przyjaciółkę – Hiszpankę pracującą w organizacji pozarządowej pomagającej kobietom takim jak ona. „Gdy mnie poznała, zaprosiła na kawę, a ja streściłam jej swoją historię w dwie godziny. Wtedy zaproponowała mi pracę – a właściwie dała mi wędkę i nauczyła łowić, bym mogła przejść z marginesu do godnego życia” – zdradza.
Nowe życie i walka z systemem
W 2019 roku, prawie rok po pierwszej prelekcji, rozpoczęła swoje drugie życie. Brazylijka dostała umowę o pracę w branży sprzątającej i uchwyciła się tej szansy „zębami i pazurami”. Obecnie łączy tę pracę z pisaniem drugiej książki. Ferreira zostawiła prostytucję za sobą, ale nie chciała o niej zapomnieć. Wręcz przeciwnie – została aktywistką. Chce mówić otwarcie o tym systemie, by „żadna kobieta nie cierpiała tak, jak ona, i by żaden chłopiec nie stał się w przyszłości drapieżcą seksualnym”.
Jej pierwsza książka, „Hiszpania, europejska Tajlandia”, jest „dość niewygodna”, bo opowiada to, o czym nikt nie mówi – o sutenerach, alfonsach i klientach. W drugiej książce porusza tematy rzadkich praktyk seksualnych oraz między innymi to, jak młodzi mężczyźni zbierają pieniądze, by pójść do prostytutek, i jak w Hiszpanii są rodziny, które zabierają chłopców do domów publicznych, by „nauczyli się być mężczyznami”.
Problem prostytucji na Wyspach Kanaryjskich
Z jej perspektywy na Wyspach Kanaryjskich prostytucja stanowi ogromny problem. „W Santa Cruz de Tenerife, na przykład, spacerujesz po centrum – a wiele mieszkań to domy publiczne. Rachunki się nie zgadzają. Uważam, że ośmiu na dziesięciu mężczyzn to klienci” – przekonuje. Aktywistka ma dar zapamiętywania twarzy. „Pamiętam twarze wszystkich moich koleżanek i wszystkich klientów. Poza tym to mała wyspa, łatwo ich spotkać na ulicy” – zapewnia.
Jej zdaniem bardzo niewiele kobiet potrafi wyjść z tego systemu, bo nie jest to łatwe. „Jestem teraz w kontakcie z dziewczyną, która chce pójść tą samą drogą, którą już przeszłam. Uczę jej wszystkiego, co sama wiem, bo im nas więcej, tym lepiej. Aby skończyć z tym wykorzystywaniem, trzeba opowiedzieć wszystko, co wycierpiałyśmy i co widziałyśmy od środka – zawsze jednak z szacunkiem” – podsumowuje.
Najświeższe wieści z Wysp Kanaryjskich
Codzienne newsy, alerty pogodowe i praktyczne informacje – prosto z wysp, po polsku. Mieszkamy tu i wiemy co się dzieje, zanim trafi do mediów. Wszystko publikujemy na naszym kanale WhatsApp – bez pośredników, bez algorytmu.


